Atari 65XE i czasy podstawówki.

Atari 65XE i czasy podstawówki.

Pewex, Składnica Harcerska i komputery z wystawy

W czasach głębokiego PRL-u Atari było prawdopodobnie najpopularniejszym mikrokomputerem w naszym kraju. Z czego to wynikało? Przede wszystkim z relatywnej dostępności. W przeciwieństwie do wielu innych sprzętów, które trzeba było ściągać w ramach "własnego importu" zza zachodniej granicy (najczęściej z Niemiec), Atari po prostu bywało na półkach. Można je było kupić za dolary w słynnych Peweksach, pojawiało się w Składnicach Harcerskich, a importem zajmowały się również tzw. firmy polonijne. Dzięki temu dostęp do 8-bitowego Atari był znacznie łatwiejszy.

To właśnie dlatego dwóch moich dobrych kumpli ze szkoły podstawowej - Krzysiek i Marcin - stało się dumnymi posiadaczami modelu Atari 65XE. Przyznam szczerze, że ten sprzęt bardzo mi się podobał. Imponował mi zwłaszcza swoimi niesamowitymi możliwościami dźwiękowymi oraz paletą potrafiącą wygenerować aż 256 kolorów. I choć w praktyce same gry nie ociekały barwami tak, jak mogłoby się wydawać, to płynne efekty przejść kolorystycznych (tzw. "tęcze") robiły kolosalne wrażenie. Ironia losu polegała jednak na tym, że i tak większość z nas ogrywała te wszystkie wspaniałości na zwykłych telewizorach czarno-białych albo na monitorach z zielonym luminoforem, więc o 256 kolorach można było tylko pomarzyć.

Wojny o dźwięk i duma ze Schneidera

Oczywiście graliśmy bez przerwy - zarówno na moim Schneiderze CPC 464, jak i na ich Atari. Jak to między kumplami bywało, nieustannie kłóciliśmy się o to, który z komputerów jest lepszy, a najgorętsze spory toczyły się wokół dźwięku. Ja oczywiście zawzięcie broniłem swojego sprzętu, ale w głębi duszy wiedziałem, że Atari pod względem układu dźwiękowego było po prostu o wiele fajniejsze. Momentem, który ostatecznie pogrzebał moje argumenty, była sytuacja, gdy mój tata posłuchał muzyki z Atari i powiedział z zachwytem: "posłuchaj, jak tam brzmi fajnie ta gitara elektryczna, ten bas. Ojej, to jest fajniejsze!". Zrobiło mi się wtedy strasznie głupio, że mój własny, wymarzony komputer nie jest pod tym względem tak dobry, ale ostatecznie musiałem mu przyznać rację.

Pojedynek na kod, czyli kto napisze lepszego Painta

Z czasem samo granie przestało nam wystarczać i zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki w programowaniu. Szybko przerodziło się to w zaciętą rywalizację między nami o to, kto napisze najlepszy, autorski program do tworzenia grafiki. Muszę nieskromnie przyznać, że mimo moich kompleksów dźwiękowych, w tej dziedzinie miałem małe fory. Mój Schneider CPC 464 posiadał znacznie bardziej rozbudowany dialekt BASIC-a niż to, co oferowało Atari. Trzeba jednak sprostować pewną rzecz - mój BASIC (w wersji 1.0) nie umożliwiał od razu cudów. Mogłem natywnie narysować bardzo proste linie, ale mój sprzęt nie oferował sprzętowego rysowania wielokątów ani wypełniania kolorem. Funkcja wypełniania pojawiła się dopiero w BASIC-u 1.1 (w komputerach Amstrad Schneider CPC 6128 i chyba 664).

Z tego powodu wszystkie te procedury musiałem po prostu napisać samemu od zera! Dzięki temu mój program ostatecznie wygrał tę rywalizację - mocno inspirowałem się potężnym profesjonalnym narzędziem "Art Studio" i zaimplementowałem własne procedury. Mój kod rozrósł się do tego stopnia, że w pewnym momencie udało mi się zająć całą dostępną pamięć operacyjną mojego Schneidera. A pamiętajmy, że miał on zaledwie 64 kilobajty RAM-u! Nikt z nas nie myślał wtedy o czymś takim jak optymalizacja - liczyło się tylko to, że program działał i miał ogrom możliwości, dopóki pamięć nie powiedziała "dość".

Dwa tygodnie bez wyłączania zasilania

Wracając jednak do Atari moich kumpli, jest jedna historia, która idealnie podsumowuje gaming w tamtych czasach. Pewnego razu Marcin przegiął, jeśli chodzi o zaniedbanie nauki. Gdy przyniósł ze szkoły kilka klasycznych dwójek, jego mama srogo się zdenerwowała i zastosowała najwyższy możliwy wymiar kary - zarekwirowała mu magnetofon do Atari. A jak wiadomo, mikrokomputer z lat 80. bez nośnika danych był bezużyteczny - niczego z kasety nie wczytasz.

Jednak potrzeba jest matką wynalazków. Krzysiek, wykazując się prawdziwą przyjacielską solidarnością, potajemnie przemycił do pokoju Marcina swój własny magnetofon. Chłopaki w tajemnicy podłączyli sprzęt i wczytali z kasety jedną, jedyną grę do pamięci komputera. A żeby nie stracić owoców tej konspiracyjnej operacji... Marcin nie wyłączył swojego Atari przez równe dwa tygodnie! Sprzęt działał nieprzerwanie dzień i noc, byle tylko zawartość ulotnej pamięci RAM z wczytaną grą nie zniknęła po odcięciu zasilania. To się dopiero nazywa determinacja gracza!

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz (anonimowo)

← Wróć do listy artykułów