Niespodzianka z Niemiec i nietrafiona myszka
Długo oszczędzałem pieniądze z myślą o własnym sprzęcie. Moim pierwotnym celem był ZX Spectrum, głównie dlatego, że w tamtych czasach był po prostu najtańszą opcją na rynku. Jednak z perspektywy kieszonkowego młodego chłopaka, to zbieranie zdawało się trwać w nieskończoność. Aż pewnego dnia wydarzyło się coś niesamowitego - mój tata wrócił z Niemiec i przywiózł mi gigantyczną niespodziankę. Zobaczyłem na własne oczy swój pierwszy, wymarzony mikrokomputer: Schneider CPC 464, w zestawie z kultowym, zielonym monitorem.
Tata, chcąc sprawić mi absolutnie największą radość z możliwych, dokupił do zestawu nawet myszkę. Szybko jednak okazało się, że gryzoń był dedykowany do... Commodore 64 i ostatecznie musieliśmy go oddać. Kompletnie mi to jednak nie przeszkadzało! Mój tata nie był ekspertem, po prostu chciał dla mnie jak najlepiej, a ja z samej radości z posiadania komputera mało nie przebiłem głową sufitu w pokoju.

Programowanie literek i wyprawy na Grzybowską
Jak już wspominałem przy innej okazji, początki z mikrokomputerem bywały specyficzne. Żeby w ogóle w coś pograć, trzeba było to sobie najpierw... napisać. Tworzyłem więc pierwsze strzelanki w BASIC-u. Za mój statek kosmiczny służyła litera "A", która poruszała się na samym dole ekranu w lewo i prawo, a strzelała w górę do UFO, które było po prostu literą "O" opadającą w dół. Brzmi to dzisiaj całkowicie abstrakcyjnie, ale wierzcie mi - radocha z grania we własnoręcznie zaprogramowaną "grę" była po prostu niesamowita.
Później moje horyzonty znacznie się poszerzyły, gdy odkryłem istnienie giełd komputerowych. To tam można było zaopatrzyć się w kasety z prawdziwymi grami na Amstrada (oraz oczywiście Schneidera, bo pod maską była to jedna i ta sama brytyjska maszyna, tylko brandowana na inny rynek). Pamiętam doskonale słynną, warszawską giełdę na ulicy Grzybowskiej. To były magiczne czasy. Kiedy dziś o tym myślę, autentycznie kręci mi się łezka w oku i łapię się na tym, że chciałbym, aby tamte dni chociaż na chwilę wróciły.
Powrót do korzeni po latach
Po pewnym czasie mój poczciwy Schneider CPC 464 musiał ustąpić miejsca - zamieniłem go na wymarzoną Amigę. Mimo że skok technologiczny był ogromny, sentyment do pierwszego komputera głęboko we mnie pozostał. Po wielu, wielu latach postanowiłem zrealizować swoje marzenie z młodości i odzyskać tamten sprzęt. Udało mi się najpierw kupić Schneidera (czyli model, od którego wszystko się zaczęło), a z czasem do kolekcji dołączył również Amstrad CPC 464. Mam je dziś oba.
Z wielką dumą obydwa te komputery odrestaurowałem i własnoręcznie naprawiłem. W Schneiderze reanimowałem chociażby niedziałający magnetofon, który teraz znów sprawuje się bez zarzutu. Oprócz czytania klasycznych kaset, dodałem mu również nowoczesne możliwości wczytywania gier - przez smartfona oraz za pomocą TZXDuino, czyli rewelacyjnego emulatora magnetofonu opartego na platformie Arduino. To idealne połączenie retro ze współczesnością.


Klejnot w koronie: CPC 6128
Na tym jednak moja podróż w przeszłość się nie skończyła. Udało mi się również zdobyć komputer, który w czasach mojego 464 wydawał mi się absolutnym szczytem profesjonalizmu - model CPC 6128. W latach 80. ten sprzęt wyglądał jak maszyna z innej planety: płaska klawiatura, wbudowana stacja dyskietek, potężne "aż" 128 kilobajtów pamięci operacyjnej no i zupełnie nowy, znacznie lepszy BASIC 1.1 wyposażony w dodatkowe, zaawansowane komendy. Dziś ten piękny komputer również jest częścią mojej kolekcji, w pełni odrestaurowany i działający w stu procentach.
Niesamowite, jak te szare i czarne obudowy potrafią po tylu latach wciąż budzić tak wielkie emocje i przywoływać najlepsze wspomnienia.
A jakie wy mieliście swoje pierwsze komputery? Jak wyglądały wasze początki i czy musieliście na nie długo zbierać? Może ktoś chciałby skomentować i opisać swoją historię poniżej? Z chęcią poczytam!
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!
Dodaj komentarz (anonimowo)